Totem - Tak sie bujamy
Kanada,  Podróże

Szlakiem indiańskich totemów – z wizytą u Indian Gitxsan

Młody Gitxsan uważnie obserwował swojego ojca. Obaj byli bardzo smutni. Wczoraj wieczorem widział jak razem z matką płakali. On wielki wojownik płakał. Wczesnym rankiem wybrali się na ryby. Być może po raz ostatni. Nad rzeką unosiła się gęsta mgła. Ojciec stał na dziobie łodzi w jednej ręce trzymając oszczep, a w drugiej pochodnie. Był rozkojarzony. Dziś przyjadą urzędnicy z wojskiem zabrać go do szkoły. Opór na nic się nie zda. Jak zabierali starszego brata, ojciec protestował, żołnierze pobili go kolbami karabinów. Brata skuli w kajdany i zabrali. Widział go wtedy ostatni raz. Cztery wiosny temu.

Skeena River - Tak sie bujamy
Skeena River

Gitxsan (Gitksan) to rdzenni mieszkańcy Kanady, których terytorium ojczyste obejmuje większość obszaru znanego w języku angielskim jako Skeena Country – około 33 000 km². Należą do grupy językowej Tsimshianic, a ich kultura jest uważana za część cywilizacji rdzennych mieszkańców północno-zachodniego wybrzeża Pacyfiku, chociaż ich terytorium leży w głębi kraju, a nie na wybrzeżu. Git znaczy „ludzie z”, a Xsan (tak nazywają rzekę Skeena) oznacza „rzekę mgły”, Czyli nazwę plemienia można przetłumaczyć jako „ludzi z nad rzeki mgły“. Gitxsan mieszkali na tych terenach, jak sami mówią, od dnia stworzenia. Badania archeologiczne potwierdzają, że osiedlili się tutaj około 10 000 lat temu. Przed przybyciem białych osadników zajmowali się głównie połowem ryb, myślistwem, zbieraniem jagód i ich uprawą. Wypalali kawałek lasu, aby krzaczki miały lepsze warunki do rozrostu. Do dziś umiejętnie i z szacunkiem korzystają z tego co daje im las i rzeka. Na przykład eksportują do Japonii grzyby Matsutake (pine mushroom, gąska sosnowa). Cena za kilogram to około 100 – 150 US $. W Polsce ostatni raz te grzyby widziano w 1921 r., dziś uznane u nas za gatunek wymarły.

Szacuje się, że przed pierwszym kontaktem z Europejczykami, żyło kilkaset tysięcy Gitxsan. Niestety przywlekliśmy ze sobą liczne choroby, nieznane do tej pory rdzennym mieszkańcom. W 1830 r. populacja liczyła już tylko 70 000 osób. Bardzo dotkliwa była epidemia ospy w 1862 r., która pozbawiła życia ponad 30% Indian. Dziś na całym świecie zostało ich 13 000, z czego około 7 500 mieszka na ich tradycyjnym terytorium, większość w kilku osadach – Old Hazelton, Kispiox, Glen Vowell, Kitseguecla, Kitwanga i Gitanyow.

Do Hazelton (Old Hazelton) dotarliśmy wczesnym popołudniem. To mała miejscowość leżąca u zbiegu rzek Skeena i Bulkley. Naszym celem było ‘Ksan Historical Village, czyli tzw. żywe muzeum ukazujące jak żyli i mieszkali Indianie Gitxsan. W siedmiu budynkach zgromadzono ponad 600 eksponatów ukazujących niesamowite bogactwo ich kultury. Są to zarówno przedmioty codziennego użytku jak i te wykorzystywane tylko w ceremoniach. ‘Ksan to replika indiańskiej wioski z ich charakterystycznymi długimi domami, których front skierowany był w stronę rzeki. Te oryginalne były około 6 razy dłuższe, 2-3 razy szersze i wyższe. Prawdziwa wioska położona była przy brzegu rzeki Bulkley, tuż przy ujściu do Skeena River. Nazywała się Gitanmaax. Muzeum od pięciu dekad prowadzone jest przez Gitanmaax Band. Za jedyne 15 CAD $ indiański przewodnik oprowadzi Was po wiosce i niesamowicie ciekawie opowie o historii swojego ludu, znaczeniu przedmiotów, rytuałach, o przeznaczeniu poszczególnych budynków. My mieliśmy to szczęście, że nasza trójeczka miała przewodnika tylko dla siebie. Młody chłopak przez godzinę pokazywał nam wszystko, tłumaczył jak dane przedmioty wykonywano, do czego służyły. Bardzo, bardzo ciekawie opowiadał i odpowiadał na nasze pytania. Jeżeli będziecie w pobliżu koniecznie musicie tu zajechać.

Zatrzymaliśmy się na campingu tuż przy muzeum. ‘Ksan Campground prowadzony jest też przez Gitanmaax Band. Cena noclegu to 20 CAD $ za namiot i samochód. Cisza, spokój, położony w historycznym miejscu, piękne widoki na obie rzeki i góry, czego chcieć więcej. Pod wieczór usłyszeliśmy strzały, a po chwili chłopaki z obsługi (miejscowi Indianie) podjechali uspokoić wszystkich, że właśnie odstraszyli niedźwiedzia, który chciał się przeprawić przez rzeką. Nie ma co się niepokoić oni będą przez całą noc czuwać. My byliśmy już przyzwyczajeni do takich sytuacji, w końcu misie są tu wszędzie, ale kilka osób było zaniepokojonych. Pamiętajcie to ich kraina i zachowujcie ostrożność, noście zawsze przy sobie bear spray.

Początki Hazelton sięgają 1866 r., kiedy to Collins Overland Telegraph wybudowało tu punkt swojej linii telegraficznej. Miała ona połączyć San Francisco z Moskwą. Projekt ten jednak ostatecznie nie wypalił. Około 1868 r. Thomas Hankin wyznaczył granice „miasta”. Nazwał go Hazelton ze względu na dużą liczbę dojrzewających wówczas orzechów laskowych. Jest to jedna z najstarszych osad w północnej Kolumbii Brytyjskiej. Krzyżowały się tu liczne szlaki handlowe. Hudson’s Bay Company otworzyła tu swoją przystań, a jej parowce w latach 1886 – 1913 regularnie odpływały stąd do Port Essington. To tu otwarto pierwszy szpital, bank, telegraf w tym rejonie Kolumbii Brytyjskiej, oddalone od najbliższych tego typu instytucji o setki kilometrów. Osada się rozwijała i powiększała. Poszukiwacze złota i przygód, oraz traperzy przybywali tu licznie. Dziś to niewielka miejscowość, licząca około 320 dusz. Lata świetności minęły. Mieszkańcy to mieszanka potomków osadników i Gitxsan, którzy zamieszkują tzw. Village of Hazelton i Village of Gitanmaax, czyli część (dzielnicę) osadniczą i indiańską tworzącą jedną miejscowość.

Gitxsan to społeczność matrylinearna, w którym dzieci automatycznie po urodzeniu włączane są do grupy (klanu) matki i pozostają jej członkami przez całe życie. Pokrewieństwo oraz wspólnych przodków ustala się idąc po linii matki. Dziedziczy się jej nazwisko rodowe, przywileje, majątek po jej krewnym (np. po jej bracie). Jeżeli ojciec dziecka jest nie Gitxsanem a matka jest Gitxsanką dziecko zostaje Gitxsanem. W odwrotnym przypadku dziecko nie należy do plemienia. Społeczność podzielona jest na tzw. grupy domowe zwane Wilp. Liczą one od 20 do ponad 250 spokrewnionych ze sobą osób. Wilp ma swoje terytorium z prawami łowieckimi i łowiskami. Posiada sporą autonomię i kontroluje większość swoich spraw. Istnieje około 50 Wilp-ów, a na czele każdego z nich stoi dożywotni wódz, ale jego władza nie jest dyktatorska. Wodzami są zarówno mężczyźni jak i kobiety. Każdy Wilp należy do jednego z czterech P’deek, czyli klanów – Lax Gibuu (Wilka), Lax Skiik (Orła), Lax Seel / Ganeda (Kruka/Żaby), Giskaast (Fireweed). Gitxsan wierzą, że cały klan pochodzi od jednej matki, dlatego małżeństwa wewnątrz klanu są zabronione.

Po rozbiciu namiotu pojechaliśmy do Kispiox. W języku Gitxsan nazywanym Ans’pa yaxw co oznacza „Kryjówka”. Osada położona jest w miejscu, gdzie spotykają się rzeka Skeena i rzeka Kispiox, około 15 km na północ od Hazelton. Szacuje się, że liczy sobie około 3000 lat. Społeczność znajduje się na terenie rezerwatu Kispiox Indian Reserve i jest zarządzana przez Kispiox Band Council. Pierwotnie była zimową wioską Gitxsan z jedenastoma długimi domami usytuowanymi nad rzeką Skeena. Tradycyjnie podzielona jest na trzy klany – Żaby (Lax Seel), Wilka (Lax Gibuu) i Fireweed (Giskaast). Rodziny tego samego klanu na ogół dzieliły jeden z długich domów, z najwyższym rangą wodzem jako głową tego domu. Dziś największą atrakcją wioski jest pole totemów. Jest ich 24 i każdy należy do określonej grupy domowej. Upamiętniają historyczne wydarzenia, które były ważne dla danego domu, oraz określają wartości, prawa, tereny tego domu. Rzeźby przedstawiają wilki, żaby, kruki, orły, orki, niedźwiedzie, ludzkie twarze. Najstarsze totemy pochodzą z około 1880 r. W Kispiox zaczyna się nieoficjalny Szlak Totemów, który biegnie przez Hazelton, Kitseguecla, Kitwanga, aż do Gitanyow, łącząc wioski Gitxsan i pola totemowe.

Po noclegu w Old Hazelton ruszyliśmy dalej w drogę. W New Hazelton wjechaliśmy ponownie na Yellowhead Hwy (BC Hwy 16), która na odcinku od Prince George do Prince Rupert nazywana jest Autostradą Łez. Dwupasmowa droga ciągnąca się przez ponad 700 km pośród gęstych lasów. Od czasu do czasu pojawia się mniejsza lub większa miejscowości, gdzieś w lesie rezerwat Indian, ale tak naprawdę częściej tu spotkamy niedźwiedzia niż człowieka. Mieszkańcy to na ogół biedni ludzie, których nie stać na samochód. Transport publiczny właściwie nie istnieje, trzeba więc łapać stopa. Cisza, spokój, piękno natury, sielanka. Ten odcinek skrywa jednak mroczną tajemnicę – od dekad giną tam w niewyjaśnionych okolicznościach albo znikają bez wieści młode kobiety i dziewczynki. Przede wszystkim Indianki i Inuitki. Najstarsza ofiara, Maureen Mosie, miała 33 lata, gdy została zamordowana. Najmłodsza, Monica Jack, była ledwie 12-letnim dzieckiem. Oficjalnie dane mówią o 18 kobietach. Nieoficjalne o ponad 40. Najgorsze w tym wszystkim to rasizm, uprzedzenia i obojętność władz. Policja, brzydko mówiąc, olewała rodziny ofiar stwierdzając, że gówniara pewnie uciekła z domu, pewnie alkoholiczka, albo prostytutka, e Indianka. O sprawie zrobiło się głośno dopiero w 2002 r., kiedy zginęła 25 letnia Nicole Hoar, która łapała stopa w okolicach Prince George. Policja prowadziła szerokie śledztwo, media się o niej rozpisywały. Dla przedstawicieli Pierwszych Narodów (jak w Kanadzie mówi się o Indianach) było to jakby dostać pięścią w twarz. Dlaczego? Ponieważ Nicole była białą dziewczyną. Jednak to śledztwo doprowadziło do wielu zmian wśród policji i polityków. Obecnie szacuje się, że w ostatnich dekadach w całej Kanadzie zostało zamordowanych około 4000 kobiet z Pierwszych Narodów, Inuitek i Metysek. Do dziś wzdłuż Autostrady Łez stoją znaki informujące „Dziewczęta, nie łapcie autostopu na Autostradzie Łez. Zabójca na wolności!“, oraz te ze zdjęciami poszukiwanych dziewcząt.

Ciężki temat. Wróćmy do Szlaku Totemów. Po krótkim postoju w Kitseguecla udaliśmy się do Kitwanga (Gitwangak – Ludzie z Miejsca Królików). Jest to najbardziej na zachód wysunięta wioska Gitxsan nad rzeką Skeena. Oddalona o około 3 km od Narodowego Miejsca Historycznego Gitwangak Battle Hill (dawniej Fort Kitwanga). Legenda głosi, że wódz Nekt, zbudował ufortyfikowaną wioskę, stąd mógł kontrolować szlaki handlowe wzdłuż rzeki Kitwanga. Fort nigdy nie został zdobyty. Na stromym wzgórzu ustawiono 5 domów otoczonych palisadą. Na atakujących spuszczano kłody drewna z wystającymi gałęziami (widać na zdjęciu). Gdy broń palna stała się bardziej dostępna, fort nie był już bezpieczny. Około 1835 roku fort został więc opuszczony i spalony. Mieszkańcy fortu przenieśli się na krótko do innej wioski, zanim przenieśli się do dzisiejszej wioski Kitwanga. Po przeprowadzce członkowie klanów Żaby (Ganada), Orła (Lax Skiik) i Wilka (Lax Gibuu) upamiętnili swoją historię w serii rzeźbionych totemów. Obecnie w osadzie znajdują się totemy wzniesione w latach 1840–1942, a każdy z nich dotyczy bezpośrednio rodzin zamieszkujących niegdyś wzgórze bitewne w Gitwangak. Klan Fireweed (Giskaast) dołączył do wioski w latach późniejszych.

Gitanyow -Tak się bujamy
Gitanyow

Ostatnim miejscem na Szlaku Totemów jest wioska Gitanyow. Położona około 18 km na północ od Gitwangak Battle Hill, nad rzeką Kitwanga. Do 1994 roku osada nazywała się Kitwancool. O zmianę nazwy poprosili indiańscy wodzowie. Lud Gitanyow (ludzie wielu liczb) zalicza się do Gitxsan. Dzielą z nimi wspólny język, tradycje, kulturę i klany, ale uważają siebie za całkowicie niezależną i autonomiczną grupę. Ich tradycyjne terytorium obejmuje około 17 000 kilometrów kwadratowych północno-zachodniej Kolumbii Brytyjskiej. Naród składa się z dwóch P’deek (klanów) – Lax Gibuu (Wilka) i Lax Ganeda (Żaby), zorganizowanych w ośmiu Wilp-ach. Gitanyow była ich jedyną zimową, stałą wioską. Pole totemów znajduje się w centrum wioski. Kilka zostało przeniesionych do Royal British Columbia Museum w Wiktorii i zastąpiono je replikami. Większość pozostało na miejscu, w tym totem „Dziura w lodzie”, wzniesiony około 1850 roku.

Szkoła

Rdzenni mieszkańcy Kanady nie mieli łatwego życia. Przez lata próbowano ich zniszczyć odbierając im ziemie, zamykając w rezerwach, a nawet zabierając im dzieci. Niestety tak było w wielu krajach np. w USA, Australii czy Norwegii. W myśl starego przysłowia, że „roślinę najłatwiej zniszczyć odcinając ją od korzeni”, przez ponad 100 lat odebrano rdzennym rodzicom (Indianom, Inuitom i Metysom) kilkaset tysięcy dzieci. Część z nich oddano do adopcji białym chrześcijańskim rodzinom na całym świecie. Cześć trafiła do sierocińców. Około jedna trzecia (ponad 150 000) trafiła do 80 specjalnych szkół z internatem zwanych Residential Schools prowadzonych przez katolickich i protestanckich duchownych finansowanych przez kanadyjskie państwo. Ich głównym zadaniem było „zabić w dziecku Indianina”. Były one umieszczane jak najdalej od rezerwatów, tak by ograniczyć do minimum kontakt dzieci z rodzicami. Dzieci były w szkole cały czas, a rodzice musieli uzyskać specjalne przepustki by je zobaczyć. Na widzeniu mogli rozmawiać tylko po angielsku lub francusku pod czujnym okiem strażnika. Zdarzało się, że próba rozmowy w języku ojczystym (a wielu dorosłych w innym nie mówiło), czy choćby na migi kończyła się wyrzuceniem rodziców ze szkoły z zakazem odwiedzin. Gorzej jak w więzieniu. W niektórych zezwalano dzieciom na wyjazd do rodziny w okresie wakacji, jednak w większości wakacje były okresem pracy i dzieci nie widziały rodziców przez kilka lat. Były bite za najmniejsze przewinienia w myśl zasady, że to jedyny sposób na ocalenie ich dusz, ucywilizowanie dzikusa. Za próbę mówienia w ojczystym języku były zmuszane do jedzenia mydła, by oczyścić usta i gardło z plugawej mowy. Wszelkie próby kultywowania swoich tradycji, zwyczajów były surowo karane. Uczniowie byli niedożywieni. Szkoły były niedogrzane, źle wentylowane, przeludnione. Dzieci bardzo często chorowały na gruźlicę i grypę, a nie zapewniano im odpowiedniej opieki medycznej. Nawet chore musiały uczestniczyć w zajęciach, zarażając w ten sposób kolejne. Peter Bryce, oficer medyczny w Department of Indian Affairs (Departament Spraw Indiańskich), w raporcie z 1909 r. alarmował, że w latach 1894–1908 śmiertelność w niektórych Residential Schools w zachodniej Kanadzie dochodziła do 60 % uczniów w ciągu pierwszych pięciu lat nauki. Po przywiezieniu do szkoły – często w łańcuchach, bo siłą zabierano dzieci od rodziców – zabierano im ubrania i dostawały szkolne mundurki. Następnie praktycznie wszystkim nadawano nowe chrześcijańskie imiona. Chłopcom obcinano włosy prawie do zera (u wielu Indian obcięcie włosów to wyraz żałoby po śmieci najbliższej osoby). Szkoły prowadzone były w systemie pół na pół, czyli pół dnia nauka i pół dnia pracy. Tak naprawdę dzieci wykorzystywano do wykonywania remontów, bieżących napraw, prania, gotowania, sprzątania, wypasania krów, prac ogrodniczych, czy na polu. To one, wykorzystywane do ciężkiej fizycznej pracy, utrzymywały te szkoły. Nauka opierała się na prostej zasadzie – cztery R – religia, czytanie, pisanie, arytmetyka i koniec. Po latach takiej edukacji uczniowie wychodzili z tych szkół z wypranymi mózgami, bez jakichkolwiek umiejętności i szans na znalezienie pracy. Nie byli ani Indianami – bo nie znali już swoich języków, zwyczajów, rodziny były im obce – ani nie byli białymi. Lata psychicznego znęcania, wykorzystywania fizycznego, niestety często także seksualnego, odcisnęły na nich straszne piętno. Biedne dzieci nie potrafiły się odnaleźć. Wiele popadło w alkoholizm, szukało ukojenia w narkotykach. Wiele dziewczynek nie mając perspektyw stało się prostytutkami. Inni popełniali samobójstwo – do dziś odsetek samobójstw wśród rdzennych mieszkańców jest kilkakrotnie większy niż reszty Kanadyjczyków. Aż trudno uwierzyć, że ostatnia z tych szkół The Gordon Residential School w Punnichy, Saskatchewan została zamknięta dopiero w 1996 roku (pierwszą otworzono w 1831 r.).
Zniszczono całe pokolenia, kulturę i języki rdzennych mieszkańców. Na 13 000 Gitxsan dziś tylko około 1200 osób zna swój ojczysty język Gitxsanimaax. Jest on jednym z ponad 90 języków kanadyjskich Indian wpisanych na listę języków zagrożonych wymarciem. Gitxsan kultywują swoje tradycje, zwyczaje, obrzędy. Przekazują dzieciom historię swoich klanów, domów. W szkołach na terenie rezerwatów uczą je ich ojczystego języka.

11 czerwca 2008 r. premier Stephen Harper złożył publiczne przeprosiny w imieniu rządu Kanady. Dziewięć dni wcześniej powołano Komisję Prawdy i Pojednania (TRC), aby odkryć całą prawdę o szkołach. Komisja zebrała około 7 000 oświadczeń byłych uczniów. W 2015 r. TRC zakończyło śledztwo ustanowieniem Narodowego Centrum Prawdy i Pojednania (National Centre for Truth and Reconciliation) oraz publikacją wielotomowego raportu zawierającego szczegóły zeznań ofiar i dokumentów historycznych z tamtego okresu. Centrum otwarto na Uniwersytecie Manitoba w Winnipeg i zgromadzono w nim około 5 milionów dokumentów związanych z Residential Schools. W raporcie TRC stwierdzono, że system szkolny był ludobójstwem kulturowym, ludobójstwem dokonywanym na dzieciach.

Jedno co na pewno rzuca się w oczy podróżując po Ameryce Północnej to olbrzymie przestrzenie, na których znalazło by się miejsce dla wszystkich. Czy naprawdę trzeba było niszczyć te kultury, nawracać je na siłę, zabierać im domy?

Cześć, Rafał i Magda (RiM) witają na stronie taksiebujamy.pl. Od kilku lat mieszkamy i pracujemy w Kopenhadze, oraz włóczymy się po świecie. Oprócz podróży lubimy dobre jedzenie, o kawie nawet nie wspomnimy - najlepiej smakuje o poranku, przed namiotem, gdzieś na odludziu.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Wykorzystuję pliki cookies do prawidłowego działania bloga, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na blogu. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Przeczytaj politykę prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close